O jeden kraj za daleko

Jeśli Izrael upadnie, czy jego mieszkańcy przyjdą do Polski?

W tym tekście przedstawiam hipotezę na temat przyszłości Polski. Hipoteza ta scala ona w jeden spójny obraz trzy wątki: kwestię szkalowania Polski i Polaków poprzez przypisanie im odpowiedzialności za holokaust Żydów, odszkodowania za ww. holokaust oraz przekazanie haraczu za mienie bezspadkowe oraz nadchodzący koniec geopolitycznej pauzy, potencjalnie skutkujący upadkiem państwa Izrael. Hipoteza jest obrazem mentalnym, układanką z faktów i ich interpretacji. To, czy dobór faktów nastąpił pod tezę, jest oczywiście kwestią do dyskusji i proszę o powiadomienie o faktach, które są z prezentowaną hipotezą zasadniczo sprzeczne.

W warunkach wojny w przestrzeni informacyjnej dobór faktów i logika łączenia ich w spójny obraz decyduje o tym, czy obraz mentalny wydarzeń pozwala wygenerować zdolność predykcyjną, tzn. czy pozwoli skutecznie przewidzieć najbardziej prawdopodobny bieg wydarzeń, a tym samym zaplanować. W 2017 roku w portalu konflikty.pl napisałem tekst o postrzeganiu obrazów mentalnych, który bardzo się spodobał m.in. w portalu Wykop.pl. Jest on świetnym wprowadzeniem w wywód poniżej i zapraszam do jego lektury tutaj.

ZNACZENIE POLSKI W ZMAGANIACH O NOWY ŁAD ŚWIATOWY

Zasadniczo wszystkie analizy geopolityczne osób takich jak dr Leszek Sykulski (Bezpieczeństwo Polski – wymiar geopolityczny) czy dr Jacek Bartosiak zawierają twierdzenie, że Polska, ze względu na jej położenie, odgrywa w rozgrywce o przyszłość świata rolę kluczową. I taką ma. Jest krajem tranzytowym położonym na dobiegu chińskiego projektu Jednej drogi, jednego pasa, leżącym tuż przy jego końcu. Pamiętać należy, że kraje na jego końcach to gospodarki, z których oba kraje są beznadziejnie uzależnione od eksportu – w przypadku Niemiec eksport ok. 50% PKB.

Tu warto przypomnieć wręcz fenomenalnie celną uwagę George Friedmana, który porównał szlaki morskie, którymi przebiega światowa wymiana handlowa, do żył i tętnic organizmów gospodarczych. Te życiowe arterie, mówił Friedman, nie są skryte bezpiecznie wewnątrz ciała, ale leżą na zewnątrz, w przestrzeni oddziaływania niemożliwych do skalkulowania zagrożeń, ale pod protekcją siły militarnej Stanów Zjednoczonych. I tu właśnie leży najgłębsza prawidłowość geopolityki: organizmy geopolityczne cenią sobie przewidywalność bardziej niż bezpieczeństwo. Z dwóch stanów homeostatycznej równowagi już raczej wybiorą ten, w którym da się zachować odrobinę kontroli, niż zwycięstwo. Parafrazuję tu trochę kwestię z filmu Sicario (2015, reż. Denis Villeneuve):

Medellín refers to a time when one group controlled every aspect of the drug trade, providing a measure of order that we could control, and until somebody finds a way to convince 20% of the population to stop snorting and smoking that shit, order’s the best we can hope for.


Medellín odnosi się do czasu, kiedy jedna grupa kontrolowała każdy aspekt handlu narkotykami, zapewniając odrobinę porządku, który moglibyśmy kontrolować. A dopóki ktoś nie znajdzie sposobu przekonania 20% ludności do zaprzestania wciągania i palenia tego gówna, porządek to najwięcej, na jaki możemy mieć nadzieję.

Tą przewidywalność zapewnia póki co światowy hegemon i jego flota zapewniająca wolnych handel i dostęp do światowych rynków. Handel ten jest niesłychanie wrażliwą na zakłócenia strukturą, od której zależy nie tylko dobrobyt i samo istnienie poszczególnych państw, ale i trwanie złotego okresu cywilizacji, który niejako mimochodem powołano do życia ustanawiając po II wojnie światowej porządki ekonomiczne znane jako system Breton-Woods.

Z drugiej strony, Polska wbija się klinem między dwóch partnerów Osi zła. Ta oś, jeszcze tak nie nazywana, składa się trzech państw, których cichy bądź jawny sojusz jest w stanie stworzyć system wymiany towarowej poza możliwością oddziaływania Stanów Zjednoczonych. Są to Niemcy, Federacja Rosyjska i Chiny. Co robią Amerykanie? Na wielkiej euroazjatyckiej szachownicy stawiają dwie potężne figury: Fort Trump oraz CPK (Centralny Port Komunikacyjny) na terenie Polski. Szach.

Z KIM MAMY DO CZYNIENIA?

Ludzie, którzy kształtują ład geopolityczny, nie podlegają ograniczeniom etycznym takim, jakim podlegają wybierani demokratycznie. Z tej racji posługują się nie tylko inną logiką podejmowanych decyzji, ale też podlegają innym niż zwykli ludzie oddziaływaniom psychologicznym. Mówię o tym więcej w wywiadzie, który udzieliłem do miesięcznika Układ sił(tutaj). Jeśli chcemy więc przewidzieć działania ludzi takich jak decydenci Stanów Zjednoczonych, musimy postarać się wejść w ich buty.

Przypomnijmy sobie wybuch I wojny światowej. Austriackie ultimatum i żądania zostały przez Serbię spełnione, oprócz jednego, najbardziej poniżającego – mimo to wojna wybuchła. Przypomnijmy sobie sprawę podwójnego incydentu w Zatoce Tonkijskiej. Dziś, po latach, wiemy, że był on fikcją zaprojektowaną przez CIA w celu skłonienia prezydenta Stanów Zjednoczonych. Przypomnijmy sobie dni poprzedzające inwazję na Irak w 2003 roku i oskarżanie Iraku o produkcję i posiadanie broni masowej zagłady. Z tym epizodem łączy się nieco żartobliwy komentarz, jednak nie udało mi się znaleźć źródła anegdoty. Prezydent Federacji Rosyjskiej Włodzimierz Putin, na wieść, że po opanowaniu Iraku nie udało się jednak znaleźć broni chemicznej i biologicznej, która była pretekstem do wojny, miał ponoć powiedzieć ja bym znalazł.

Aktualnie, w roku 2019, reprezentantem decydentów po stronie Stanów Zjednoczonych, pchającym sprawy w kierunku konfrontacji z Iranem, zdaje się być John Bolton (Człowiek, który pcha świat w kierunku wojny. Ale czy on, czy ktokolwiek inny jest decydentem układającym geopolityczne plany Stanów Zjednoczonych i Izraela, nie zmieni to logiki sytuacji. Polska jest obszarem geopolitycznie kluczowym. Podstawową troską i przedmiotem starannie sformułowanych planów siłą rzeczy musi być to, jak

LOS IZRAELA W NAJBLIŻSZYCH DWÓCH DEKADACH

Coraz częściej mówi się o tej oczywistości, że w przypadku wyjścia Stanów Zjednoczonych z Bliskiego Wschodu, wybuchnie w nim niekontrolowana wojna. Jeśli taka wojna wybuchnie, a coraz więcej osób jawnie mówi, że to jest tylko kwestią czasu, nieuchronną konsekwencją będzie to, czy Izrael jako projekt geopolityczny przetrwa. O kwestii tej pisał już Henry Kissinger, co omawia tekst z 2012 roku w portalu Foreign Policy Journal. US Preparing for a Post-Israel Middle East? (po polsku: )

Ale dla nas Polaków sprawa ma bardziej egzystencjalny wymiar. Zagłada państwa Izrael wygeneruje olbrzymią ilość uciekinierów wojennych. Czy ten eksodus, wygnanie z Ziemi Obiecanej, będzie miał formę zorganizowanej migracji, pospiesznej ewakuacji, czy też inną, jest sprawą drugorzędną. Również nie jest sprawą najistotniejszą to, że przybywający uciekinierzy przyniosą wojnę jako ze sobą – rozumianą jako stan umysłu i sposób działania zbiorowości będącej pod wpływem zagrożenia egzystencjalnego.

Sprawą pierwszorzędną jest to, że najbardziej oczywistym miejscem docelowym ucieczki będzie tzw. Polin. Tereny, na których Żydzie gościli przez stulecia. Tereny, z którymi są często związani emocjonalnie. Emocjonalnie i ekonomicznie. A na tą chwilę większą częścią tych terenów dysponuje – teoretycznie niepodzielnie – naród polski, Suweren ośrodka geopolitycznego zwanego Rzeczpospolitą Polską.

I tu dochodzimy do centralnej tezy tego tekstu. Uważam, że kosztowne i ewidentnie sprzeczne z wiedzą historyczną akty szkalowania Polski i narodu polskiego poprzez przypisywanie im odpowiedzialności za holokaust Żydów, jest częścią geopolitycznego planu przygotowań gruntu etycznego i prawnego.

GEOPOLITYCZNE ZNACZENIE USTAWY JUST 447

Od kilku lat wzmaga się wizerunkowa presja na Polskę i naród Polski. Ale dopiero zdarzenia kilku ostatnich tygodni ułożyły się u mnie w obraz mentalny na tyle klarowny, że warty napisanie niniejszego tekstu.

Powyższy obraz powstał pod inspiracją ujawnienia przez red. Stanisława Michalkiewicza tajnej notatki z rozmowy ambasadora RP w Izraelu (do 2018 roku) Jacka Chodorowicza i Thomasa Yazdgerdi, specjalnym posłannikiem Departamentu Stanu USA ds. Holokaustu. w dn. 25 października 2018 roku. Z notatki wynika, że prowadzone są niejawne negocjacje w celu wyjścia naprzeciw bezprawnym żądaniom odszkodowań za mienie bezspadkowe pozostawione przez obywateli II RP narodowości żydowskiej.

Proszę zwrócić uwagę, że rząd RP nie podjął do dziś żadnych kroków mających skutek prawny, które by zamykały kwestię tzw. roszczeń żydowskich dot. mienia bezspadkowego. Słyszymy jedynie deklaracje i zapewnienia, sprzeczne w oczywisty sposób z treścią ww. notatki.

CZY POLACY ZOSTANĄ POTRAKTOWANI TAK, JAK PALESTYŃCZYCY?

Domniemana logika wydarzeń po upadku Izraela nie napawa optymizmem. Po pierwsze, jeśli ten upadek nastąpi, to w czasach, w których nasza planeta przestanie być spokojnym miejscem, a będzie areną licznych konfliktów regionalnych. Ponad tymi utarczkami potężne imperia takie jak Stany Zjednoczone i, być może, Sojusz Niemiec, Chin i Rosji będzie bezpardonowo walczył o uniezależnienie się od dominacji Stanów.

Proszę wczujcie się w psychikę ludzi nawykłych od wojny i niepewności permanentnie obecnych w ich życiu od dziesięcioleci. Ludzi, których znaczna część ziomków została właśnie zamordowana w masakrze kończącej istnienie Izraela, albo zaraz spotka ich taki los. Być może będzie to chaotyczna ewakuacja, być może przesiedlenie zrealizowane zawczasu.

Ludzie ci w XX wieku pojawili się na terenach, które zajmowali jako grupa etniczna i narodowa dwa tysiąclecia wcześniej, aby w 1948 roku, w wyniku m.in. wcześniejszych inicjatyw określanych czasem słowem syjonizm oraz szeregu wydarzeń nazywanych zbiorczo II wojną światową, ustanowili państwo Izrael. Dla zastanych tam Palestyńczyków oznacza to wyrok eksmisji, mówiąc delikatnie. I to po dwóch tysiącleciach nieobecności poprzednich właścicieli tych ziem.

Ale z punktu widzenia sprawy żydowskiej wyrugowanie Palestyńczyków z obszaru przejmowanego przez Izraelczyków to poważny problem wizerunkowy. Mówiąc delikatnie. I nieprecyzyjnie. Oto ledwie kilka nagłówków prasowych z ostatniego miesiąca: Walki w Izraelu. Zabito 4 Palestyńczyków, w tym kobietę w ciążyIzrael wprowadza segregację rasową w autobusachPalestyna: szosa z pasami ruchu tylko dla Żydów, oddzielone 8-metrowym murem.

Jeśli nastąpi upadek Izraela, miejsce ocalenia musi zostać odpowiednio przygotowane, a postępki uciekinierów wojennych wizerunkowo usprawiedliwione. To właśnie takie przygotowania są wyjaśnieniem, dlaczego w spawie wymuszeń mienia bezspadkowego na rozmowy z polskim rządem przyjeżdża delegacja nie z USA, a z Izraela. Zarzuty, według których zaangażowanie Izraela, powstałego w 1948 roku w sprawy mienia, którego właściciele umarli wcześniej, są przejawem naiwności. Nie o to w tym chodzi. W świetle powyższej hipotezy także zdarzenia takie, jak włączenie Izraela do obszaru kulturowego Europy, poprzez start w Eurowizji, nabierają innego znaczenia.

Zakładając, że spełni się czarny scenariusz zagłady Izraela, uciekinierzy wojenni muszą mieć wszelkie moralne prawo przyjścia i osiedlenia się w nowymi miejscu. Zdanie i racje zastanych mieszkańców będzie drugorzędne. Kampanię uzyskiwania moralnego prawa do ich marginalizacji należy więc prowadzić zawczasu. Jeśli taka kampania miałaby być kilka- kilkanaście lat przed realizacją scenariusza upadku Izraela, za jej przejaw można by odczytać m.in.:

  • Trwające od lat szkalowanie dobrego imienia Polski i Polaków poprzez używanie frazy p***e obozy śmierci. Jeden z ostatnich incydentów (2019): CBS News nazwało Auschwitz-Birkenau „polskim obozem śmierci”. (link)
  • Skandaliczny film Fundacji Rudermanów: link.
  • Atak fizyczny na polskiego ambasadora w Izraelu z dn. 14 maja 2019: link. Można domniemywać, że atak jest efektem długoletniej antypolskiej kampanii edukacyjnej, realizowanej m.in. przez odpowiednio zorganizowane wycieczki młodzieży izraelskiej do Auschwitz-Birkenau.
    Inny przykład: Szef MSZ Izraela Israel Katz w wywiadzie dla telewizji i24News stwierdził: „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki”. link
  • Incydenty związane z obchodami rocznic wyzwolenia obozu w Oświęcimiu: przykład #1 (zakaz wnoszenia polskich flag)
  • Incydenty stopniowo eskalują do zarzutu współorganizacji, a newet pełnej odpowiedzialności za holokaust Żydów zorganizowany przez Niemcy pod dyktaturą A. Hitlera. Przykładowy film:

Reasumując, istnieje wiele historycznych przykładów tak konsekwentnie prowadzonej i kosztownej walki w przestrzeni informacyjnej. Zwykle nie prowadzi się jej ot, tak dla draki. Ta negatywna energia potężna siła, którą kształtuje się i buduje do określonych celów. W Niemczech w latach 30-tych XX wieku kampania wycelowana w Żydów miała na celu – oprócz wskazania kozła ofiarnego odpowiedzialnego za poniżenie Niemiec – usprawiedliwić zorganizowany rabunek ich mienia. Jeszcze na długo przed wydarzeniami II wojny światowej.

Sprawę można opisać ogólnie, w terminach psychologii. Jako gatunek ludzki mamy wdrukowane w nasze instynkty bardzo silne mechanizmy ograniczające agresję wobec przedstawicieli własnego gatunku. Stąd potrzebne jest odczłowieczenie ofiary ataku, pozbawienie ich atrybutów człowieczeństwa. W kontekście wojny bardzo polecam książkę O zabijaniuautorstwa Dave Grossmana (wydana w Polsce w 2010, ale nie do dostania). W kontekście bardziej codziennym polecam ten film o kwestii aborcji i kontrowersji nazywaniu płodu zbitkiem komórek i tkanek przez zwolenników liberalizacji aborcji (polecam film tematycznie nawiązujący do niedawnej legislacji heartbeat w Georgii, USA link). Przez pryzmat tego fragmentu ludzkiej natury proszę jeszcze raz pomyślmy o wszelkich wędrówkach ludów, przesiedleniach i migracjach. To fakty życia.

PODSUMOWANIE

1) Aktualnie konsekwentnie prowadzone szkalowanie Polski i Polaków to budowanie obrazu narodu ludzi współodpowiedzialnych za tzw. Holokaust (holokaust Żydów), którzy bogacili się na mieniu pomordowanych, a przy tym odmawiających wypłacenia odszkodowań, a nawet przyznania się do winy.

2) Z punktu widzenia decydentów Stanów Zjednoczonych, którzy cierpią na deficyt wojsk lądowych, jest umieszczenie na terytorium między swoimi oponentami (Rosją i Niemcami) armii mogącej stanowić realną wartość bojową, a jednocześnie realizować interesu geopolityczne Stanów Zjednoczonych, a nie lokalnych niesfornych tubylców. Taką armią są izraelskie IDF (Siły Obronne Izraela, armia Izraela). Poniżający sposób organizacji tzw. konferencji irańskiej w Warszawie w lutym 2019 jest dowodem na to, że w oczach amerykańskich oficjeli Polska nie jest szanowanym partnerem i sojusznikiem, a popychadłem. Co gorsze, nie robią oni nic, by swoją postawę ukryć – jest ona ostentacyjna. (Wyważony komentarz nt. konferencji doktora W. Szewko)

3) Pomysł: Może jednak dać im te 300 miliardów dolarów. I nie organizacjom żydowskim. Izraelowi i jego mieszkańcom. Oczywiście za to, żeby tu nie przychodzili, co w ewentualnym porozumieniu należy zagwarantować należytym zapisem. To byłby całkiem dobry interes. Serio. I z tym dylematem do przemyślenia zostawiam was na resztę dnia.


Miejsce pierwotnej publikacji tego tekstu: http://blog.gavagai.pl/2019/05/21/o-jeden-kraj-za-daleko/.
(c) 2019 Piotr Plebaniak. Wszystkie prawa zastrzeżone. Publikacja tekstu w inncyh miejscach wyłącznie za pisemną zgodą autora.

Chiński jedwabny szlak – uściślenie

W wypowiedziach w mediach głosiłem tezę, wedle której chiński jedwabny szlak i jego budowa jest odwróceniem uwagi od kwestii powstania centrów dystrybucyjnych. Wysunąłem też hipotezę, że najlepszą lokalizacją tych centrów jest terytorium Polski.

http://wnet.fm/2017/05/27/idea-jedwabnego-szlaku-odwracanie-uwagi-prawdziwych-celow-mowi-autor-ksiazki-o-chinskiej-sztuce-podstepu/

 

Oto uściślenie:

Chiny posługują się nazwą „jedna droga i jeden pas”. W tej maksymie przyświecającej Chińczykom droga to szlak morski, a pas to tereny przylegające do kilku, a może nawet kilkunastu nitek szlaku, które zmaterializują się pod postacią linii kolejowych wysokich prędkości.

Jedna z odnóg szlaku przejdzie przez Pakistan, a więc już ten odcinek zaprzecza częściowo mojej głównej tezie: temu, że szlak to tylko atrapa. Odcinek do Pakistanu pozwala ominąć cieśninę Malaka, którą jest bardzo łatwo zablokować.

Chińska strategia polega na obstawianiu wszystkich możliwych tras. Będzie ich po prostu zbyt dużo, aby dawało się je skutecznie zamknąć w tym samym czasie. Chińczycy tak to ułożą z właścicielami terytoriów, przez które szlak pobiegnie, że Amerykanom nie starczy zasobów na to, aby bez rozpoczynania otwartego konfliktu zniwelować/skontrować wszystkie posunięcia Chińskie.

Nitki szlaku Chiny – Europa, czyli wypustki chińskiej kolonizacji

(Uwaga, podkreślam, że to tylko moja hipoteza. Nie ma możliwości przeniknięcia planów chińskich choćby z tego powodu, że naturą tych planów jest elastyczne dostosowanie do zmieniającej się sytuacji, o odwracaniu uwagi nie wspominając.)

Ale nie do końca o te linie kolejowe chińczykom chodzi. To nie nitki dróg, ale pasy terytorium wokół nich. Chińczycy zdają się realizować taktykę aneksji kulturowo-cywilizacyjnej wzdłuż tych szlaków. Ich planem jest zbudowanie pasów prosperity w jakiejś mniejszej czy większej odległości od szlaków przesyłu towarów. Takie rozciągnięte obszary prosperity będą oczywiście pod ekonomiczną kontrolą ChRL. Te pasy trzeba wszak chronić. A do ochrony służy co? Wojsko.

Być może pasy prosperity, które de facto są pasami kolonizacyjnymi cywilizacji chińskiej będą przedmiotem zawiści sąsiednich terytoriów. Same linie kolejowe to także bardzo podatny na ataki sabotażu i niezwykle drogi element infrastruktury. Jaką rolę odegrają w skomplikowanych geopolitycznych roszadach… jest za wcześnie, aby zgadywać.

Ja natomiast widzę w tych pasach prosperity dalekie echo konfucjańskiej maksymy „praktykujący cnotę ren nie ma wrogów”. W maksymalnym skrócie chodzi w niej o to, że władca, aby zachować swoją pozycję, musi dbać o dobro ludu i musi stwarzać warunki, w których jego poddani będą produktywni i będą mogli akumulować owoce swojej pracy i zapewniać dostatek swoim potomkom. Mieszkańcy sąsiednich krain, widząc tak dobrotliwego władcę, sami będą przeprowadzać się do jego państwa. Tak to się w Chińskich głowach układa.
Ciągnąc wywód już nie w formie starożytnego aforyzmu, a językiem geopolityki, mogę z dość dużym przekonaniem stwierdzić, że budowanie prosperity na terenach „jednego szlaku” będzie rodzajem przygarnięcia żyjącej tam ludności pod „dobrotliwe” panowanie nowego hegemona wpierw w aspekcie ekonomicznym, a potem już stopniowo we wszystkich innych.

Puste dusze w Chinach – uściślenie wypowiedzi

W jednej z wypowiedzi opisałem Chińczyków żyjących we współczesnych Chinach (ChRL) jako „puste dusze”.
Formuła wypowiedzi nie pozwalała na należyte rozwinięcie tej myśli.

http://wnet.fm/2017/05/27/idea-jedwabnego-szlaku-odwracanie-uwagi-prawdziwych-celow-mowi-autor-ksiazki-o-chinskiej-sztuce-podstepu/

Wyjaśniam teraz.

„Puste dusze” to nieco poetyckie nazwanie chińskiego pędu do bogacenia się i spychania wszelkich innych aspektów życia – zwłaszcza duchowego – na dalszy plan. Przykładem jest kwestia reakcji na wypadki i sytuacje, w których potrzebna jest pomoc bliźniego. Jeden z nowszych przykładów widzimy tutaj:

https://www.liveleak.com/view?i=af9_1496821890

I wyjaśnienie tego zjawiska:

http://www.transport-publiczny.pl/wiadomosci/chiny-celowe-zabojstwa-drogowe-51757.html

http://niezalezna.pl/44454-prawo-dobrego-samarytanina-w-chinach

Innym przykładem na coś, co mi osobiście bardzo się nie podoba, to kwestia wolności wyboru partnera życiowego we współczesnych Chinach. Zerknijcie proszę na ten artykuł:

http://www.bankier.pl/wiadomosc/Chiny-Matrymonialna-gielda-w-centrum-Szanghaju-3314282.html

W skrócie sprawa wygląda tak, że dla Chińczyka to dzieci są emeryturą – nie istnieje państwowy, narzucony odgórnie system emerytalny. Dlatego dla rodziców znalezienie odpowiedniego partnera dla swojego dziecka jest fundamentem pogodnej starości, a często wręcz sprawą życia i śmierci. W takim układzie nie ma miejsca na romantyczną miłość. Niestety

Instynkty na celowniku

I. Instynkty i ich kulturowa nadbudowa

Sun Zi w swojej słynnej Sztuce wojny pisał: „najlepszym rodzajem wojny jest uderzenie na zamysły oraz plany przeciwnika”. W chińskiej kulturze ta fraza zlała się z inną maksymą − „najlepszą metodą jest zaatakować umysł przeciwnika”. Wokół i obok obu maksym ewoluowała chińska, albo lepiej − wschodnioazjatycka filozofia prowadzenia konfliktów. Jej kwintesencją jest zasada przejęcia kontroli nad poczynaniami przeciwnika – najlepiej taka by on sam się w tym nie zorientował.

W japońskich sztukach walki wręcz powodowanie formą oponenta, ale i własną tak, aby wyprowadzić kończący cios, zwie się tai sabaki. W innych manifestacjach konfliktu zasada jest podobna: sprawić, aby przeciwnik utracił zdolność adekwatnego reagowania na zdarzenia i nie przeciwdziałał wymierzonym w niego działaniom.

Gdy ośrodek decyzyjny przeciwnika zostanie sparaliżowany, zwycięstwo zwykle jest w kieszeni. Ośrodek decyzyjny to albo grupa ludzi, albo pojedynczy człowiek. Sparaliżowanie jego aktywności można osiągnąć przez atak wymierzony albo w fizjologiczne mechanizmy funkcjonowania mózgu, albo w ich kulturowo uformowaną nadbudowę (mentalność, obyczaje, kodeks honorowy). Atakujący powinien doprowadzić albo do zablokowania lub konfliktu jednego lub więcej wcześniej wykształconych programów działania, albo do wmanipulowania przeciwnika, aby sam sobie szkodził. Można by spekulować czy mongolski fortel, pozorowany odwrót nie bazował właśnie na wywołaniu instynktu pościgu.

Aby zaplanować skuteczny atak lub obronę, należy uzyskać przewagę informacyjną. Mówiąc prosto, chodzi o zrozumienie w jakich sytuacjach w ruch idą jakie instynkty i zachowania społeczne. Wiele wskazuje na to, że większość różnic w mentalności i różnice międzykulturowe sprowadzają się do uruchamiania pewnych typowych dla danej kultury reakcji w dwóch sferach:

1)      uruchamiania trybów wymiany społecznej. Istnieją trzy główne: komunistyczny − od każdego w miarę możliwości, każdemu według potrzeb, wymiany − coś za coś, w domyśle równej wartości, oraz hierarchiczny, w którym strony mają różny status i prawa, a wartość wymienianych dóbr zależy od różnicy w statusie uczestników. Te trzy tryby działania uruchamiają się i są uruchamiane na prawach instynktu, mieszając się w zależności od sytuacji, czy mentalności uczestników. Różnice w mentalności i obyczajach ludzi sprowadzają się do tego, w jakich sytuacjach uruchamia się jeden z tych trzech trybów. Wobec współofiar katastrofy włącza się „komunizm” i ratujemy życie innych nie oczekując zapłaty. Z kolei po wymianie czegoś o równej wartości uczestnicy pozostają wolni od dalszych zobowiązań – nie powstaje dług, który by zmuszał do nawiązania trwałej wspólnoty.
Przykładem ataku w tej sferze jest wymuszenie wzajemności w technice manipulacji „drzwiami w twarz”. W Wikipedii czytamy:

Chcesz, aby ktoś spełnił twoją prawdziwą prośbę, to poprzedź ją inną prośbą bardzo wygórowaną, której ta osoba na pewno nie spełni. Na przykład: chcesz pożyczyć od kogoś 100 zł, to poproś go: „Pożycz mi 1000 zł.” Gdy dana osoba odmawia, mówiąc np. „Nie mam tyle”, to powiedz: „To pożycz chociaż 100.”

2)      obyczajowego przyzwolenia i sytuacyjnej dopuszczalności czterech reakcji na konflikt: podjęcie walki, ucieczkę, pozowanie (u zwierząt stroszenie) oraz uległość.

 

W świecie zwierząt i ludzi cztery reakcje w sytuacji konfliktu to walka, ucieczka, pozowanie i uległość. Pokaz siły i determinacji ma zastąpić walkę w zadaniu zmuszenia przeciwnika do uległości. Pies, który głośno szczeka, raczej nie ugryzie i ucieknie, gdy ruszyć w jego kierunku – walka wiąże się z dużym ryzykiem przegranej i odniesienia ran. Głośne zachowanie jest pokazem siły, ale przede wszystkim ma zdeprymować przeciwnika i wzbudzić w nim reakcję instynktowną.

Kulturowe imperatywy i biologiczne instynkty można fałszować lub sprytnie omijać. Gdy ktoś wzorem pokonanego w walce psa „odwróci się na grzbiet”, jego zwycięzca, uznawszy, że walka została zakończona, może utracić czujność. U wielu zwierząt takie zachowanie jest regulowane przez silny instynkt. U ludzi instynkt ten obudowany jest głęboko zakorzenionymi rytuałami sygnalizowania uznania własnej porażki. Choć dla zwycięzcy jest to moment do zadania bezlitosnego ciosu, to taki gest poddania często pozbawia zwycięzcę moralnej racji do bezlitosnego zabójstwa.
Kinomani oczywiście znają ten schemat z rozlicznych hollywoodzkich produkcji. Czarny charakter zostaje pokonany, ale gdy pozytywny bohater odwraca się doń plecami (oj, to chyba z jego strony perfidna przynęta!), ten zły kończy pokaz uległości i rzuca się, by zadać cios. Zwycięzca zawsze jednak zdoła przewidzieć to niesportowe zachowanie (a nie mówiłem?!). Okazana pokonanemu łaska znika, a pozytywny bohater „legalnie” zadaje cios śmierci. Ale może to zrobić dopiero po tym, gdy zostaje moralnie rozgrzeszony z zamordowania wroga już pokonanego rytualnie.

I tu leży sedno sprawy. Spośród czterech opcji (atak, ucieczka, pozowanie, uległość) zachodni kult ataku i kodeks honorowy dopuszcza wyłącznie atak w sytuacjach, w których udawanie pokonanego, ucieczka oraz wszystkie inne chwyty powyżej i poniżej pasa należą do repertuaru działań ocenianych jako niehonorowe. Dodatkowo na Zachodzie działania z wykorzystaniem siły są silnie rytualnie oddzielane od działań pokojowych, takich jak negocjacje, są one antytezą, zawieszeniem wojny i rodzajem kontraktu dwóch w miarę równorzędnych stron. Dla Chińczyków negocjacje – nawet nad zawieszeniem broni − są wojny przedłużeniem. Jedną z konsekwencji jest oczywisty bezsens wypowiadania wojny.

 

II. Instynkt zabijania

Pracując nad książką o chińskiej sztuce wojennej natknąłem się na wręcz rewolucyjną książkę pt. O zabijaniu (wydanie Polskie 2010). Jej autor Dave Grossman w licznych przykładach i relacjach przedstawia działanie niezwykle silnego instynktu powstrzymującego człowieka przed zabijaniem.

W swojej bardzo cennej poznawczo pracy Dave Grossman wykazuje, że agresję wewnątrzgatunkową hamują, co już wspominałem, nie tylko instynkty, ale i rytuały – m.in. sygnały uległości, które redukują agresję, gdyż są odczytywane jako poddanie. Stroszenie (pozorne powiększanie, demonstrowanie siły, zastraszanie) redukuje agresję przeciwnika m.in. przez wyzwalanie reakcji ucieczki. To właśnie na tym polu przewagę zapewniała broń palna, dalece mniej skuteczna od łuków czy kuszy.

W czasach historycznych u żołnierzy uruchamiała się silniejsza niż instynkt przetrwania blokada powstrzymująca przed zabiciem bądź zranieniem przeciwnika. Okazuje się, że zagadkowo niska celność broni czarnoprochowych wynikała nie ze stresu i pośpiechu, a na skutek „sabotażu” żołnierzy.

Autor przytacza eksperyment przeprowadzony przez armię pruską w końcu XVIII wieku. Batalion piechoty strzelał z ładowanych odprzodowo muszkietów gładkolufowych do makiety szerokości 30 metrów i wysokości 1,80 metra. Celność: 200 metrów – 25%, 140 metrów – 40% i 70 metrów − 60%. Teoretycznie więc, gdyby postawić przed sobą dwa regimenty liczące po dwieście żołnierzy w odległości 70  metrów (a w rzeczywistych bitwach odległość ta była o wiele mniejsza), to pierwsza salwa powinna powalić 120 ludzi. A jeśli założyć szybkostrzelność rzędu 5 strzałów na minutę, to przeciwnicy wystrzelaliby się błyskawicznie.
W rzeczywistych bitwach z szeregu ubywało ledwie kilku żołnierzy na minutę. Grossman przytacza opis z czasów amerykańskiej wojny secesyjnej. Z pola bitwy pod Gettysburgiem zebrano 27,5 tysiąca muszkietów. Z tego 90% było naładowanych. Spośród nich 12 tysięcy było naładowanych więcej niż raz, a sześć tysięcy – trzy i więcej razy. Rekord to 23 ładunki. M.in. z faktu, że 95% czasu żołnierz ładuje broń na stojąco, a więc jeśli zostanie zabity, to raczej z nienaładowaną bronią, Grossman wnioskuje, że żołnierze już nawet nie strzelali w powietrze, ale nawet unikali oddawania strzału.

Uruchamiając te obudowane wyuczonymi normami społecznymi instynkty można sparaliżować wolę walki, a więc zniszczyć morale przeciwnika równie skutecznie jak wywołując poczucie bezsiły. Grossman wspomina, że bez „treningu mordercy”, zastosowanego dopiero wobec żołnierzy U.S. Army w Wietnamie, jedynie 2% ludzi jest psychicznie zdolna do zabijania lub świadomego krzywdzenia. Oczywiście odczłowieczanie postaci biegających przed lufą stosowano znacznie wcześniej, a słynny eksperyment Milgrama pokazał też, że blokady psychiczne znikają m.in. pod presją autorytetu.

 

III. Fortel zakłócenia percepcji – „zawieś kwiaty na żelaznym drzewie”

Jeden z forteli wojennych zamieszczonych w słynnej chińskiej kompilacji „36 forteli” jest fortel zakłócenia percepcji. Jego mechanizm jest dwupłaszczyznowy: stosujący fortel (1) przybiera formę, która uniemożliwia przeciwnikowi wypracowanie użytecznego obrazu sytuacji, a w rezultacie paraliżuje lub wyłącza prawidłowe procedury reakcji lub rozumowania; (2) sprawia, by przeciwnik stracił wiarę w sprawność własnych zmysłów, skuteczność przedsiębranych planów i działań.

Jedwabne kwiaty na żelaznym drzewie, o których mowa w chińskiej opowieści źródłowej, to metafora opisująca rzecz niepasującą do sytuacji. W dykteryjce chodziło o „malowanie trawy” przed wizytą ważnych gości. Gospodarz nakazał przystrojenie gołych drzew pąkami kwiatów, aby zaimponować przybyszom. Ten nieudolny zabieg w kontekście karmienia przeciwnika fałszywymi obrazami symbolizuje pojawienie się nieprawdopodobnego, nieujętego w rachubach czynnika. W obliczu takiej niespodzianki przeciwnik zawaha się, zakwestionuje lojalność podległych sobie osób, itp.

Pula posunięć taktycznych możliwych do zastosowania na określonym terenie czy sytuacji jest ograniczona. Wybór manewru jest określany przez warunki zewnętrzne: rzeźbę terenu, sytuację taktyczną, warunki pogodowe, wiedzę i oczekiwania co do zamiarów drugiej strony, uświadomione lub nie uwarunkowania kulturowe. Ich wypadkowa jest dla uczestników konfliktu podstawą do przewidywania manewrów drugiej strony. Aby wartość takich kalkulacji zredukować [najlepiej] do zera, należy wyjść z działaniem nieoczekiwanym, lub mało prawdopodobnym, które sprawia, że wszelkie dotychczasowe rachuby – choćby tylko w kluczowym momencie lub pozornie – stracą wartość.

 

Zwarcie w głowie przeciwnika

W sferze psychologii działa to tak: „Człowiek posiada pewien repertuar przystosowawczych programów działania – zarówno wrodzonych, jak i wyuczonych”[1]. W uruchamianiu rozmaitych programów i procedur poznawczych pośredniczą emocje. Są umiarkowanie silne lub intensywne, co przekłada się też na siłę przywoływanych przez siebie reakcji. Nagłe wycofanie lub pojawienie się nowego bodźca wyłączy jedną, a uruchomi nową reakcję emocjonalną i procedurę. W momencie przełączania umysł znajdzie się w stanie krótkotrwałej inercji. Nastąpić to może w przerwie po przerwaniu jednego programu, a przed zaczęciem nowego, ale też wtedy, gdy nastąpi konflikt dwóch programów uruchomionych jednocześnie.

Psychologowie testują właśnie hipotezy próbując określić, który organ mózgu jest za to odpowiedzialny. Póki co pewne jest to, że mechanizm fortelu mający zakłócić funkcje poznawcze ofiary (przełączanie procedur) działa nie na poziomie wiedzy nabytej, ale na poziomie neuroanatomicznym.

Wytyczna działania: spraw, by u przeciwnika nagle zadziałało kilka równoległych, konfliktujących ze sobą programów działania. W kategoriach zachowań społecznych: człowiek oczekuje jedynie zajścia zdarzeń prawdopodobnych. Zdarzenia niepasujące do przewidywań albo są ignorowane, albo powodują wyżej opisane „zwarcie” lub są ignorowane. Inną metodą psucia rachub jest wykorzystanie zjawiska primingu (jeśli człowiek zostanie uprzedzony o rodzaju bodźców, rozpoznanie będzie łatwiejsze). Podsuwając przeciwnikowi odpowiednio spreparowane informacje, można w jego głowie uruchomić i przygotować do użycia programy, które okażą się nieadekwatne wobec tego, co mu szykujemy. Doprowadzi to do przeciążenia w krytycznej chwili, nawet gdy przeciwnik zacznie już przywoływać do działania procedury prawidłowe.

Można też wzbudzić reakcje sprzeczne: zacząć uciekać przed psem (uruchamiając mu istniejący u drapieżników instynkt pościgu), aby nagle zawrócić do ataku.

Wgrywanie przeciwnikowi niepasujących do sytuacji programów sprowadza się do tak banalnych trików jak udawanie rannego lub zostawienie śladów krwi po to, by podejść od tyłu przeciwnika nastawionego jedynie by dobić ciężko rannego. Inny atak prowadzony na poziomie fizjologicznym to wywołanie lub stłumienie wyuczonych wcześniej reakcji.

Efekt neutralizacji wiedzy nabytej to zakłócenie cyklu decyzyjnego, polegać może na poddaniu przeciwnika silnym emocjom i wyłączeniu pracy partii mózgu, które odpowiadają za rozumowanie logiczne i wykorzystanie doświadczenia i treningu. Stąd wszechobecna zasada, aby reakcje utrwalać w pamięci motorycznej jako „wyuczone odruchy”, które są znacznie mniej podatne na zakłócenia.

Metod powstrzymania reakcji jest bez liku. Może to być element „nie z tej bajki.” Pokaż przeciwnikowi coś zupełnie niespodziewanego, co sprawi, że straci rezon i pewność oceny sytuacji, a jego uwaga skieruje się w złym kierunku. To stara, ograna i rutynowo stosowana przez magików metoda odwracania uwagi. Cały czas jednak jest skuteczna i daje szerokie pole do inwencji.

Inna metoda: Atakujący wykorzystuje zjawisko selektywnej percepcji – ignorowania faktów, które nie pasują lub są sprzeczne z przyjętym wcześniej wyobrażeniem o sytuacji. Jedną z konkretnych technik jest zarzucenie przeciwnika nadmiarem informacji, których nie jest w stanie przetworzyć jednocześnie i na czas. Zmusi go to do budowania modelu sytuacji z informacji nieistotnych lub spreparowanych. Zmusi również do zbyt częstych korekt, które wywołają kumulujące się zatory w komunikacji ze środowiskiem.

Inna technika to wysyłać sygnały niepasujące lub zakłócające obraz sytuacji, który do tej pory przeciwnik wytworzył. Nawet jeśli doskonale wie, że to podstęp, wciąż może się zawahać. Na przykład, jeśli nie możesz ukryć własnej słabości, zastosuj podwójny blef i spraw, aby uznał ją za twój podstęp. Jeszcze inny przykład: gdy niewierna żona chce rozproszyć (słuszne) podejrzenie męża, że ma ona romans, może omamić męża idealistycznym wyobrażeniem swojej postawy moralnej. Może dobitnie potępić incydent zdrady w małżeństwie jej przyjaciółki. W ten sposób program „zaspokojenia podejrzliwości” zostanie u męża zepchnięty przez optymistyczny program „Ach, jaką ja mam wierną żonę!”.

Przykłady historyczne: Bodaj najsłynniejszym „wyczynem” jest fortel pustego miasta. Jego najsłynniejszy wykonawca to słynny strateg Zhuge Liang (181–234). Prowadząc skromną liczebnie grupę żołnierzy znalazł się na drodze sunącej niepowstrzymanie potężnej armii. Nie mając możliwości ucieczki Zhuge obsadził pobliski gród warowny swoimi podkomendnymi. Zostawił jednak bramy otwarte, a żołnierzom nakazał nieudolne udawanie mieszkańców. Zwiadowcy, a niedługo później sam głównodowodzący nadciągającej wrogiej armii rozpoznali samego Zhuge Lianga, który rozsiadłszy się w strażnicy nad jedną z bram, spokojnie pobrzękiwał na cytrze i wyraźnie na coś czekał. Tamci nie czekali – słusznie uznali, że Zhuge szykuje jakiś wyjątkowo przebiegły podstęp. Nakazano pospieszny odwrót. W ten sposób wielokroć liczniejsza armia uciekła w popłochu przed garstką desperatów.

W okresie cesarstwa starożytnego Rzymu legiony, składające się ze świetnie wyszkolonych zawodowych żołnierzy, ustawiały się do bitwy i ruszały na przeciwnika w kompletnej ciszy. Tamten oczekiwał bojowych okrzyków, więc ta cisza wytrącała go z równowagi. Armia rzymska z czasów wczesnej republiki osiągała ten sam efekt metodą tradycyjną: ruszała do boju z głośnym krzykiem i uderzając mieczami o tarczę.

 

IV. Huśtawka emocjonalna: Aż strach przestać się bać!

Jedną z technik dezorientacji przeciwnika jest huśtawka emocjonalna[2], której mechanizm polega na wywołaniu sekwencji emocji: najpierw lęku – a potem ulgi, gdy kolejny bodziec usuwa poznawcze uzasadnienie dla przeżywania pierwszej emocji. Ulga następująca po doznaniu lęku wprowadza ludzi w stan bezrefleksyjności, a ten z kolei sprzyja uległości.

  Tylko prośba Prośba
z uzasadnieniem pozornym
Prośba
z informacją realną
  Procent osób ofiarujących pieniądze:
Z gwizdkiem 38,7 76,0 71,9
bez gwizdka 11,3 15,1 58,5

 

Eksperyment grasującej po ulicach szajki dowcipnych eksperymentatorów polegał na straszeniu gwizdkiem policyjnym osób przekraczających jezdnię w niedozwolonym miejscu. Ofiary po chwili od zdarzenia proszono o drobny datek w trzech wariantach: prosząc o datek, prosząc i podając bezsensowne uzasadnienie pozorne („Przepraszam Pana(ią). Zbieramy pieniądze. Czy mógłby/mogłaby nam Pan(i) dać trochę pieniędzy, ponieważ chcemy zebrać tak dużo pieniędzy, jak to możliwe”), oraz logicznie brzmiące uzasadnienie z wyjaśnieniem, kto będzie beneficjentem. Powyższy i inne warianty eksperymentu (np. rozhuśtanego prosi się o wykonanie jak największej ilości operacji dodawania prostych liczb) dowodnie pokazują, że dochodzi też do zaburzeń funkcjonowania poznawczego.

  Tylko prośba Prośba
z uzasadnieniem pozornym
Prośba
z informacją realną
  Procent osób żądających dodatkowych informacji:
Z gwizdkiem 20,0 8,0
bez gwizdka 49,0 57,0

 

Pomysłodawcy eksperymentu tłumaczą chwilową dezorientację tym, że do przełączenia się na program postępowania adekwatny do zmienionej sytuacji umysł potrzebuje czasu i wysiłku. Rezultat: w takiej chwili „braku ciągłości usług” nie działa żaden uformowany wcześniej wzorzec zachowań. Jednocześnie, konieczność uporządkowania szybko zmieniających się bodźców kradnie „moc obliczeniową” potrzebną do trzeźwej oceny kolejnego zdarzenia.

W technice huśtawki emocji efekt dezorientacji, choć jedynie krótkotrwały, uzyskuje się przez wywołanie w ofierze sekwencji emocji lęk – ulga. Mieszając obie techniki, można uzyskać taki fortel: wytresować u przeciwnika nową sekwencję reakcji opartą na tym, że alarm jest zwykle fałszywy. Taka tresura zaburza mechanizm

sygnał    niebezpieczeństwa—uruchomienie    reakcji    obronnej.

 W rezultacie przeciwnik zostanie wytresowany, by lekceważyć nadchodzące sygnały o zagrożeniu.

 

 

Powyższy tekst, został pierwotnie opublikowany na blogu Trystero.pl, jest adaptacją fragmentu mojej książki 36 forteli. Chińska sztuka podstępu, układania planów i skutecznego działania.

http://solarisnet.pl/ku/165668-36-forteli-chiska-sztuka-podstepu.html

Spis treści: https://www.dropbox.com/s/0ecozzurh9xq2ld/Piotr_Plebaniak_36_Forteli_Spis_tresci.pdf



[1]      D. Doliński, R. Narwat, „Huśtawka emocji jako nowa technika manipulacji społecznej”. [w:] „Przegląd psychologiczny”, 37, s. 98–100. Mechanizm blokady poznawczej wspomniany jest też w kontekście huśtawki emocji «20.1. Opisywane zjawisko ma wiele wspólnych cech z primingiem, s. 78.

[2]      D. Doliński, R. Narwat, op.cit., s. 7–20. Obszerne omówienie techniki [w:] Dariusz Doliński, Psychologia wpływu społecznego, Towarzystwo Przyjaciół Ossolineum, Wrocław 2000, s. 97–107.

 

Orde Wingate w Palestynie (Wingate cz. 1)

Orde Wingate był postacią nieszablonową i bez wątpienia daleką od zdrowych zmysłów, mówiąc delikatnie, a ekscentryczną – zachowując nadal przyjazny ton oceny.

 Natura i wychowanie…

Wingate miał obsesję w kwestii Starego Testamentu. Traktował go jako literalny zapis historii politycznej narodu żydowskiego. W jego pismach, listach, a nawet raportach dla przełożonych roiło się od pełnych patosu biblijnych cytatów.

© Imperial War Museum (Ref MH7868)
Wingate (po prawej) na pokładzie transportowego Dakota C-47 © Imperial War Museum (Ref MH7868)

Nie lepiej było z ubiorem. Zakładał zawsze staromodny kapelusz korkowy, a do tego w czasie miscji zakładał sponiewierany i zapewne śmierdzący mundur polowy. Na dokładkę Wingate pożerał sześć surowych cebul dziennie, zmuszając przy tym swoich ludzi – całkiem rozsądnie, biorąc pod rozwagę jej wartości odżywcze – do zjadania jednej.

Zachowanie nie odstawało od tego obrazu. Był niezwykle konfrontacyjny wobec przełożonych, surowy wobec podwładnych – toczył przepychanki z jednymi i drugimi. Głównym powodem utarczek było forsowanie swojego zdania i krytykowanie innych bez względu na jakiekolwiek reguły grzeczności. Na odprawach miał zwyczaj stawiania na stole budzika – miał on przypominać wszystkim, że bezcenny czas ucieka.

Wszystkie te wyżej wymienione i liczne stadko innych cech składają się na obraz człowieka zdrowo walniętego. Wykraczały daleko poza ekstrawagancję czy – będący rodzajem znaku firmowego – beret Montgomery’ego, albo rozbuchaną osobowość cholerycznego Pattona. Wingate był nawiedzony i kierowany poczuciem Misji.

Wingate w Palestynie

Przy tym był też piekielnie skuteczny. Widać to doskonale w jego działaniach w Palestynie. Swoim wysiłkiem, prowadzonym wbrew intencjom swoich przełożonych, odwrócił falę arabskiego powstania przeciw osadnikom żydowskim. Nasz bohater z obsesji Starym testamentem wykształcił silną postawę antyarabską i syjonistyczną. Nie silną, a wręcz fanatyczną.

dalsza treść pojawi się za chwilkę….

Mistrz wojny partyzanckiej Orde Wingate, cz. 3 – Birma

Wiele z tego co [Wingate] postulował strategicznie, operacyjnie i taktycznie było błedem, a część z tego była zwykłym nonsensem. – gen.  Julian Thompson

Operacją która przyniosła mu największą sławę było dowodzenie Long Range Penetration Group w Birmie. Były to oddziały w sile brygady, operujące na głębokich tyłach Japończyków.
Taktyka Wingate’a opierała się na doświadczeniu z walką na tyłach wroga prowadzoną w Etiopii, a w cześniej w Palestynie. Sam Wingate nazywał ją Long Range Penetration i uważał (słusznie) za przyszłość wojen.

W Birmie Wingate dowodził dwoma operacjami: „Longcloth” w okresie luty-maj 1943 oraz „Thursday” w okresie marzec-sierpień 1944.

Zwycięstwo w sferze propagandowej

Do żołnierzy Wingate’a przylgnęła nazwa Czinditów (ang. Chindits). Nazwa miała wartość propagandową, a była „wymyślona” przez samego WIngate’a, była zniekształconą nazwą figur lwów stojących na straży bram buddyjskich świątyń w Azji Południowo-Wschodniej.

Ich walka, choć liczona w tradycyjny sposób poprzez liczenie efektów militarnych nie była imponująca, miała poważny wpływ na morale. Stąd wzięła się sława Czinditów, którą cieszą się do dziś. W roku 1943 Japończycy postrzegani byli jako niezrównani w walkach w dżungli. A obraz ich siły umocniony został przez sprawne zajęcie Malajów i Singapuru.

Wyczyny Chinditów udowodniły żołnierzom wszystkich formacji, że można z Japończykami podjąć walkę i z nimi wygrać. A na bardziej materialnym polu wojskowym przyczyniły się, w niemal niemożliwym do oceny stopniu, do pokrzyżowania Japońskich planów przejęcia kontroli nad Birmą.

© Imperial War Museum (Ref MH7868)
Wingate (po prawej) na pokładzie transportowego Dakota C-47 © Imperial War Museum (Ref MH7868)

Słowo o walce partyzanckiej

W świetnej antologii o wojnie w Wietnamie pt. The Fourth Dimension of Warfare, Vol 1 : Intelligence/ Subversion/ Resistance znajdziemy porównanie działań Wingate’a do doktryny proponowanej przez Sun Zi w jego słynnej Sztuce wojny. Mistrz Sun posługuje się koncepcjami zheng 正 i qi 奇. Ja sam w 36 fortelach tak wyjaśniam ich funkcje:

W świecie chińskim do opisu podobnych sytuacji używa się pojęć sił specjalnych qi 奇 (wybieg) i sił zwykłych zheng 正 (działanie bezpośrednie, jawne). W maksymie Sun Zi trzon armii, siły zwykłe, to te niemożliwe do ukrycia, działające jawnie, a więc stanowiące często wabik lub odwracające uwagę. W rozważaniach i dobieraniu użytecznego schematu pojęciowego tę parę pojęć można „od biedy” przetłumaczyć na funkcjonującą w świecie zachodnim metaforę tarczy i miecza. Trzeba jednak mieć na uwadze, że pracują one w sferze zmagań umysłów, a nie w sferze użycia siły militarnej. Chińskie podejście uruchamia nieco inne schematy i mechanizmy. Siły specjalne, to siły przełamujące, ale nie w sensie fizycznym. To taki skrycie przeprowadzony, nieszablonowy manewr, który decyduje nie tyle o zwycięstwie (to przyjdzie później), ale o zasadniczym odwróceniu sytuacji. Siły zheng i qi można dynamicznie zamieniać miejscami – tak jak robi to czasem rycerz, który zamiast „zgodnie z instrukcją” użyć tarczy do przechwytywania ciosu, grzmotnie nią w zakuty łeb przeciwnika. Na tym podobieństwo metafor się nie kończy. Każdy w miarę rozgarnięty dowódca chiński, sam stosując identyczne rozwiązanie taktyczne, będzie wiedział, że nawet jeśli dostrzega tylko siły zwykłe, to gdzieś tam siły specjalne czekają na swoje wejście na scenę. To właśnie taką sytuację opisuje fortel 7, polega on na dynamicznym przełączaniu funkcji obu rodzajów sił.

Warto też wspomnieć, że działania Wingate’a różniły się od klasycznej partyzantki o jeden istotny szczegół. Zaopatrzenie Chinditów nie opierało się na pomocy lokalnej ludności. Żołnierze byli zaopatrywani przez zrzuty powietrzne. Można więc powiedzieć, że Wingate był XX-wiecznym prekursorem zmiany doktryny militarnej głównego nurtu. To on jako pierwszy do walki partyzanckiej zaprzęgł regularną armię wraz z jej infrastrukturą.
Tu warto zrozumieć zasadę walki narodowowyzwoleńczej wyłożoną przez Mao Zedonga w jego słynnym dziele Wojna wędrującego ataku (游擊戰, tytuł wydanego w 1937 roku dzieła tłumaczony jest zwykle jako On Guerilla Warfare)

 

Odsłona pierwsza – operacja „Longcloth” luty-maj 1943

Cała operacja była w istocie starym dobrym znanym z historii wojskowości rajdem kawaleryjskim na linie komunikacyjne wroga; jeśli miałby być skuteczny wobec nieustrasonego wroga, winien być przeprowadzony w koordynacji z głównym uderzeniem wyprowadzonym gdzieś indziej. – marszałek lord Slim

 

Odsłona druga – operacja „Thursday” marzec-sierpień 1944

Sukces propagandowy i militarny w roku poprzednim sprawił, że kolejna kampania została zaplanowana z wielkim rozmachem.

 

 Podsumowanie

Ocena efektów jest tym bardziej utrudniona, że oficjalna wersja zmagańw Birmie została napisana przez zaciekłych wrogów Wingate’a. Są to książki.Pierwsza to British Government’s Oifficial History of the War against Japan, Volume III napisana przez majora generała S. Woodburn Kirby’ego, oraz druga Defeat into Victory, wspomnienia dowodzącego brytyjskimi siłami lądowymi w Birmie marszałka Lorda Slima.

Argumentem przeciw skuteczności wojny partyzanckiej Wingate’a było to, że japońska mentalność nie dozwalała manewru wycofania w sytuacji zagrożenia tyłów. Przeciwnicy Wingate’a tłumaczą też sukces operacji w Birmie tym, że Wingate i jego niestworzone teorie cieszyli się osobistym poparciem samego Churchilla.

Powiązane wpisy:
Orde Wingate w Palestynie (Wingate cz. 1)

„Bo ryba była za słona” (kapitan Cook I)

Dzieje świata to gigantyczny lewiatan utkany z przypadków i czynów bohaterów. Trudno na niego wpłynąć jeśli chcieć robić to z rozmysłem. Jednak z perspektywy czasu okazuje się, że o tym jak wygląda mapa polityczna decyduje coś wręcz śmiesznie błahego.

Jeden z takich przypadków zdarzył się w XVI wieku, a miejscem, gdzie przysłowiowe „wszystko” się zaczęło, była Nowa Fundlandia. A raczej wody wokół niej. Obfitowały one w dorsze i szybko stały się celem wypraw rybaków z dwóch konkurujących ze sobą mocarstw – Francji i Anglii.

Połowy trzeba było zabezpieczyć przed gniciem. Zapobiegliwi Francuzi zabierali ze sobą sól i używali jej do konserwowania ryb. Anglicy soli nie brali. Musieli więc suszyć ryby na miejscu. I tak powstała pierwsza osada na wyspie – Ferryland.

Drugi krok w kolonizacji tego, co w przyszłości będzie Kanadą, uczynili Francuzi. Jacques Cartier, usłyszawszy od miejscowych Irokezów plotki o złocie, popłynął w górę rzeki Św. Wawrzyńca, w daremnym poszukiwaniu cennego kruszcu. Znalazł jednak coś niemal równie cennego. Być może pomysł jego importu do Europy zaświtał mu w czasie mroźnej zimy, którą spędził w najdalszym miejscu, do którego dopłynął – przyszłym Quebecu.
A mówimy tu o futrach lokalnych zwierząt. Być może historia podboju (słowo „kolonizacja” nie uwzględniałoby tego, że ziemie te były już zamieszkane) Ameryki Północnej potoczyłaby się inaczej, ale pechem dla kanadyjskich bobrów było to, że w połowie XVI wieku w Europie zapanowała moda na męskie kapelusze z bobrowego futra.

Kształty kapeluszy z filcowanego futra bobra, Źródło: Wiki Commons

Materiał był miękki i trwały, a jak widać z obrazka, pozwalał na uzyskanie niemal dowolnego kształtu. Każdy go musiał mieć – moda przetrwała aż do połowy XIX wieku.

W krainie Wielkich Jezior i okolicach pojawiło się setki handlarzy, którzy polowali na bobry i kupowali już znoszone futra od miejscowych Indian. Jedne i drudzy z czasem znaleźli się na krawędzi wyginięcia. Było to przesądzone, gdy w 1608 roku powstała pierwsza stała francuska osada, która rozrosła się w Quebec.
Partnerstwo publiczno-prywatne

Jednym z niepozornych ale kluczowych powodów sukcesu Anglii w roli mocarstwa organizującego światowe imperium handlowe było specjalne podejście do interesów.

Hiszpańskie imperium, zasilane potokiem złota i innych kosztowności rabowanych w Nowym Świecie, zarządzane było przez urzędników królewskich. Kształtowana przez nich polityka nie była zbieżna z interesem ludzi wysyłanych na kraniec świata po bogactwo lub śmierć.

A z perspektywy szarego człowieka… Marynarz, który ma udział w części pryzu zdobytego statku, walczy lepiej niż ten, który do walki przymuszony jest feudalnym obowiązkiem wobec pogardzającego nim pana. A w długiej perspektywie czasu ludzie zmotywowani osobistym zyskiem mają zwyczaj zwyciężyć.

W Europie rodził się w ten sposób szacunek do własności prywatnej, obudowany normami prawa. A jednym z kluczowych osiągnięć była równość wobec prawa.

Równość i poczucie braterstwa, poczucie wspólnoty losu, a przede wszystkim przekonanie o konieczności współdziałania w grupie – to były wartości hołubione przez kolonistów przybyłych do Ameryki w początkach XVII wieku. Ta mentalność, zamiast jak biblijne ziarno paść na skałę sztywnych stosunków feudalnych, serwitutów, danin i podatków, padła na żyzną glebę nowego świata. Nie było w nim skomplikowanych praw własności czy zasiedziałej arystokracji. Liczył się efekt własnej pracy. I z tego ziarna narodziła się duch amerykańskiej przedsiębiorczości. Koloniści, którzy w początkowych dziesięcioleciach walczyli wyłącznie o przetrwanie, z czasem zaczęli ciężką pracą wykuwać lepszy los dla siebie i swoich dzieci. Owoce własnej pracy.

Starcie Hiszpanii i Anglii to starcie dwóch systemów społecznych, mentalności, podejścia do relacji między władzą i obywatelem. Feudalne imperium walczyło z powstającym państwem kapitalistów, bankierów, handlarzy i przemysłowców. To niemal jak walka dwóch światów. Współpraca prywatnych inwestorów z interesem królewskim następowała na zasadach partnerskich! W innych monarchiach było to nie do pomyślenia.

Hudson Bay’s Company

Mentalność blokująca rozwój handlu była jednym z czynników było w przypadku Francji. Dwaj Francuzi Pierre-Esprit Radisson oraz Médard de Chouart (znany później jako Sieur des Groseilliers) postanowili spenetrować obszary na północ od Quebeku. Spodziewali się dotrzeć do Zatoki Hudsona. Transport futer morzem byłby o wiele szybszy i wygodniejszy niż przedzieranie się przez leśne głusze.

Gdy dwaj traperzy, a właściwie coureus de bois (franc. ‚ci co przebiegają lasy’)  wrócili z samowolnej wyprawy pojawili się ze stertami futer… zamiast zostać wynagrodzeni za rozszerzenie interesów, zostali przez gubernatora ukarani grzywną.

Wobec tego traktowania udali się do konkurencji – prosto do Londynu. Tam zainteresowali handlem futrem angielskich biznesmenów. Powołano towarzystwo handlowe i w 1668 wysłano po futra ekspedycję dwóch statków. Wyprawa, dogadawszy się z miejscowymi indianami, założyła fort Charles i przezimowała w nim. Na wiosnę zgromadzili słuszny ładunek futer i wysłali do Anglii.

Wartość ładunku opiewała na 90 tysięcy funtów. Anglicy zwęszyli kasę. W 1670 roku Król podpisał Kartę Kompanii Zatoki Hudsona. Była ona kwintesencją angielskiego podejścia. Grupie biznesmenów został oddany w samowładne rozporządzenie teren większy od całej Europy. Najciekawszy fragment brzmiał tak:

„Nadaje się prawo Gubernatorowi i Kompanii Kupców-ryzykantów z Anglii, udającym się do Zatoki Hudsona […] do prowadzenia na tych wszystkich wodach, cieśninach, zatokach, rzekach, jeziorach, dopływach, które leżą wewnątrz cieśniny zwanej Zatoką Hudsona, oraz na wszystkich ziemiach i wybrzeżach  które do wód tych należą […], a które nie są w posiadaniu żadnego z naszych poddanych, ani poddanych innego chrześcijańskiego władcy albo państwa”

Zasięg Kompanii Zatoki Hudsona. Źródło: Wiki Commons

Całe przedsięwzięcie było analogiczne do Kompanii Wschodnioindyjskiej.

Francuzi byli bardziej zainteresowani nie tworzeniem imperium handlowego, a raczej polityczną kontrolą nad odkrywanymi w Ameryce terenami. Rząd francuski sam sprowadzał osadników i sprawował nad nimi ścisłą kontrolę polityczną. Nie byli to ani desperaci, ani ludzie pragnący własną pracą stworzyć dla siebie nowe życie.Ochotników było mało i nie byli entuzjastyczni do życia w surowych warunkach Nowego Świata. Dotyczyło to zwłaszcza chłopów, których rząd próbował usadowić wokół zakładanych fortów. Pamiętajmy też, że tereny w północnej części kontynentu miały klimat znacznie surowszy niż kolonie brytyjskie takie jak Virginia.
I taj w połowie XVIII wieku było francuskich kolonistów ledwie 50 tysięcy.

 

Francuskie, hiszpańskie i angielskie posiadłości w Ameryce Północnej. Źródło: Wiki Commons

Póki co, pod koniec wieki XVII okazało się, że francuskie własności są okrążane przez Anglików. Sami francuscy traperzy, którzy założyli Kompanię, szybko spostrzegli do czego doprowadziło ich działanie i w 1682 roku stworzyli konkurencyjną operację La Compagnie du Nord (Kompanię Północną) i oddali się pod opiekę Króla Francji.

Ale było już za późno. Angielskie interesy ekonomiczne znalazły w kanadyjskich pustkowiach stałą przystań.

 

CDN

Bitwa o Chartum 1898 (Powstanie Mahdiego część II)

Heroiczna śmierć Gordona wywołała w Anglii gigantyczną burzę. Premier Gladstone, wcześniej nazywany Great Old Man – GOM, doczekał się innego przezwiska – MOG (Murder of Gordon). Staruszek przetrwał najgorszy okres i doczekał chwili, gdy opinia publiczna powoli skierowała uwagę w inne strony. Ale takie burze zostają w kościach, a raczej w ludzkiej pamięci. Legenda Gordona, choć chwilowo odeszła w cień innych ważnych wydarzeń i codzienności, czekała na swój czas, gdy stracony bohater będzie pomszczony, a honor imperium – uratowany.

10 lat później nastąpiła zmiana rządu. Ster przejęli torysi, których program polityczny obejmował budowę światowego imperium. Jingoizm, czyli szowinistyczna ideologia nakładająca na Imperium brzemię cywilizowania dzikusów, stał się myślą przewodnią działań Londynu. Faktyczne, ale nieformalne panowanie Brytyjczyków w Egipcie miało być pierwszym krokiem  w planie wcielenia większości Afryki w organizm światowego imperium.

Porażka w Chartumie i tlący się tam cały czas konflikt był plamą na honorze Europejczyków. DO tego doszła porażka Włochów. W marcu 1896 potomkowie Cezara, zaczynając swoje dobre tradycje kontynuowane później przez Mussoliniego,  dostali cięgi od króla Abisynii (obecnie Etiopia). To była pierwsza przegrana przez Europejczyków bitwa w Afryce. Szłoby tak dalej, a biali utraciliby nimb niezwyciężoności. Należało szybko i dobitnie naprawić ten uszczerbek w wizerunku niepokonanej potęgi Białego Człowieka.

Grafika propagandowa z okresu wojny w Sudanie. Źródło: WIki Commons

Continue reading „Bitwa o Chartum 1898 (Powstanie Mahdiego część II)”

Charles Gordon w Chartumie (Powstanie Mahdiego część I)

Tło – Brytyjska droga do Indii

Na początku XIX wieku podróż statkiem z Anglii do Indii trwała 3 miesiące. Jako że szlak morski dookoła afryki był dobrze znany i strzeżony, Brytyjczycy nie widzieli potrzeby w ustanowieniu krótszej drogi przez Egipt. Z konieczności musiałaby ona biec lądem – byłaby więc narażona na liczne niewiadome i nieprzewidywalne, zupełnie zbędne ryzyko.

Źródło: http://spatial.ly/2012/03/mapped-british-shipping-1750-1800/

Trzy miesiące potrzebne głównie na opłynięcia Afryki to dużo. Dlatego w latach 40-tych w końcu ustanowiono połączenie morsko-lądowe. Podróżni udający się do Indii dopływali do Aleksandrii nad Morzem Śródziemnym. Tam przesiadali się na statek rzeczny i płynęli w górę Nilu, aby w dogodnym miejscu przebyć niewielki już skrawek pustyni i wsiąść na statek pełnomorski na Morzu Czerwonym. Z trzech miesięcy uciążliwej podróży zrobił się jeden.

Continue reading „Charles Gordon w Chartumie (Powstanie Mahdiego część I)”

Bezwzględny, machiaweliczny, podstępny, wyniosły… Cao Cao

Cao Cao 曹操

Bezwzględny, machiaweliczny, podstępny, wyniosły…

… wojownik, mąż stanu, uzurpator, poeta… obok Zhuge Lianga jest bodaj najbardziej rozpoznawaną przez Chińczyków postacią z chińskiej późnej starożytności. Początkowo jako szara eminencja a potem zupełnie jawnie prowadził skomplikowaną grę mającą zabrać władzę cesarską z rąk upadającej ostatecznie dynastii Han. Jego planom na przeszkodzie staneły inne postacie, nie mniej przebiegłe i ambitne. W rezultacie zamiast proklamacji kolejnej dynastii nastał w Chinach czas chaosu zwany Epoką Trzech Królestw.

Biogarfia

Cao Cao urodził się w roku 155, w rodzinie mocno związanej z dworem cesarskim. Już od małego dziecka przejawiał skłonności do stosowania podstępów i było jasne, że ze swoim tupetem zajdzie daleko. Gdy pewnego razu zasięgnął ocenę u znawcy charakterów, usłyszał: „W czasach pokoju będziesz zdolnym ministrem. W czasach będziesz pozbawionym skrupułów bohaterem.”

W służbie Han

Cao konsekwentnie budował swoją karierę poprzez wierną służbę u panującej dynastii. Swoje awanse zawdzięczał zaprowadzanej przez siebie dyscyplinie i walce z korupcją i brakiem poszanowania prawa.

Cao odnosił też sukcesy w tłumieniu rebelii. Największe zasługi wywalczył tłumiąc rebelie Żółtych Turbanów, która wybuchła w 184 roku. Po tym, jak jako kapitan kawalerii stłumił rebelię w prowincji Yu, mianowano go kanclerzem i oddelegowano go do zadania neutralizacji wpływów rebelii w innych rejonach imperium. Trzeba wiedzieć, że praktycznie w całej historii Chin wszelkie ruchy religijne były czynnikiem wybitnie destabilizującym władzę cesarską. Jego destrukcyjną siłę najsilniej dawało się odczuć w chwilach słabnięcia i upadku dynastii.

Z czasem wpływy i władza Cao Cao rosła, aby w decydującym momencie końca Han zapewnić mu stanowisko kanclerza na dworze cesarskim. Coraz bardziej erodująca władza cesarska pozwalała mu przeistoczyć się w faktycznego władcę. W pewnym okresie cesarz jedynie zatwierdzał rozporządzenia i memoranda przygotowane przez Cao.

Zmagania trzech królestw

Gdy nastąpiłą już ostateczna agonia dynastii Han, a utrzymanie pozorów jej istnienia przestało być dla Cao pożyteczne, Cao Cao objawił się jako ten, który sprawuje władzę nad imperium. Niestety dla siebie był władcą jedynie położonego na północy królestwa Wei 魏. Na pozostałych ziemiach Hanów utworzyły się dwa inne ośrodki polityczne – królestwo Shu na południowym zachodzie i Wu na południowym wschodzie. Były to tak zwane Trzy Królestwa. Przez dziesięciolecia zmagały się one między sobą o supremację. Cao Cao już na samym początku władał najsilniejszą z potęg. Przypadła mu centralna część upadłego imperium. Wykorzystywał to do legitymizacji swoich prób ponownego wcielenia położonych na południu królestw Wu i Shuw w obręb swojej kontroli politycznej.

Dwa słabsze królestwa często współpracowały ze sobą, by wspólnymi siłami przeciwstawiać się dalece większej potędze Cao. Siła dwóch mniejszych królestw opierała się na zdolnościach utalentowanych dowódców i polityków. Przy czym największe szczęście do doradców miało najsłabsze z trzech królestw – Shu. Liu Bei, władca Shu, miał do swojej dyspozycji słynnego stratega Zhuge Lianga, a także równie słynnego generała Guan Yu.

Ostatnie lata życia i postać Cao w kulturze

Postępki i działania Cao Cao były raczej dalekie od dydaktycznych ideałów propagowanych przez uczonych konfucjańskich. Wizerunek Cao Cao nie został jednak przez nich zniszczony ani skompromitowany. Zamiast tego Cao stał się symbolem bezwzględności, wyrachowania. Stał się uosobieniem arcygroźnego, bezlitosnego przeciwnika. Tak właśnie jest przedstawiany w niezliczonych komiksach, filmach i powieściach historycznych.

Do popularności postaci Cao Cao przyczyniło się też to, że okres Trzech Królestw to wyjątkowo wdzięczny czas do umiejscowienia opowieści o bohaterstwie, gwałtownych zdarzeniach rozdzielających kochanków, a też o ulubionych przez Chińczykach intrygach przeplatanych z widowiskową walką zbrojną.

Do przeczytania i obejrzenia:

W książce 36 forteli Cao Cao pojawia się w kilku relacjach historycznych jako ofiara i mistrz forteli wojennych i politycznych.

Aby zapoznać się z klimatem i wydarzeniami Epoki Trzech Królestw warto obejrzeć film Trzy królestwa (ang. Red Cliff, czyli Czerwone klify).